Konflikt

Prywatność w Sieci przypomina delikatną tkaninę, otaczającą oniryczny byt, jakim jest romans z Lolitą. Na samym początku dojrzałemu mężczyźnie wydaje się, że jest cholernym szczęściarzem. W okresie konsumpcji napawa się chwilami obcowania z młodością, którą nauczył się czcić z upodobaniem wynikającym z tęsknoty za tym, co w jego życiu bezpowrotnie minęło. Prędzej czy później jednak, bije się z nieznośnym przeświadczeniem, że poprzez swoją anormalną, podszytą ulotną fascynacją naturę, będzie musiał to stracić. Czuje się z tym szczególnie źle zwarzywszy, że w tym chorym układzie tylko on traci. Lolita zyskuje, nawet jeżeli w swojej przyszłości będzie to wspominała jako traumatyczne przeżycie, ponieważ doświadczenie jest jej bagażem, z którym może zrobić co zechce. Ma na to czas. Dojrzały mężczyzna nie ma przyszłości, bo całą jej przestrzeń poświęci rozpamiętywaniu dawnych obrazów.

Niedawna wypowiedź CEO Apple spotkała się z falą rozmaitych reakcji w światku komentatorów, zajmujących się nowymi technologiami. Nieco zaskakujące, bo przecież słowa te nie były w zasadzie niczym nowym. Zacytuję ilustrujący fragment:

Like many of you, we at Apple reject the idea that our customers should have to make tradeoffs between privacy and security. We can, and we must provide both in equal measure. We believe that people have a fundamental right to privacy. The American people demands it, the constitution demands it, morality demands it. – Tim Cook, kolacja EPIC, 1 czerwca 2015

Nie było niczym nowym również to, że Cook wskazał palcem na łobuzów, którzy dewastują podwórko prywatności w USA. Skoro nie nowe, to skąd całe zamieszanie? Otóż prywatność w Sieci to temat wciąż zbyt rzadko poruszany. Jeżeli wystarczy jedna iskra, by zapłonął ogień, oznacza to… „Palący” problem, jak to się mówi. Chociażby na podstawie moich ostatnich wpisów na tym blogu, można stwierdzić, iż jest to temat bardzo istotny również dla mnie. Coraz częściej przy tym, zdaję sobie sprawę, że znajduję się na etapie, w którym czuję, że będę musiał to stracić.

Pamiętacie film „The Juror”, z 1996 roku? Właśnie o tej historii pomyślałem, podczas słuchania ostatniej audycji podcastu iMore show. Georgia Dow nakreśliła w niej bardzo realny scenariusz, w którym to hipotetyczny osobnik wiedzie w Sieci życie typowego nastolatka, następnie męża i ojca, wraz ze wszystkimi błędami, do których każdy z nas się w swoim czasie posuwa. Osobnik zostaje ostatecznie politykiem lub sędzią, czy też zajmuje się temu podobnymi sprawami. Ludzie, którzy mają swoje własne interesy, by wpływać na określone decyzje wysoko postawionych osób, dopuszczają się do szantażu, wygrzebując fakty z przeszłości, które mogą negatywnie wpłynąć na wizerunek publiczny naszego osobnika. Rene Ritchie dodał z kolei coś, co lekko zmroziło mi krew:

To może brzmieć jak dowcip, ale to sytuacja, jak z programu telewizyjnego, gdzie gość mówi: „Pieniądze dla Senatu…”, a oni: „Mamy twoją historię przeglądania”. „Nie udowodnicie, że ta historia jest faktycznie moja…” – odpowiada. Oni na to: „Nie musimy!”. – Rene Ritchie, iMore show, 5 czerwca 2015

W dobie przeładowania informacją bowiem, ludzie skłonni są konstruować swoje opinie na podstawie krzykliwych nagłówków, bez zagłębiania się w treść artykułu, nie mówiąc już o potrzebie skonfrontowania danej wiadomości u różnych źródeł. Efekt jest taki, że w dzisiejszych czasach niezwykle łatwo można kogoś na trwałe zdyskredytować. Dużo łatwiej, niż kiedykolwiek wcześniej, dzięki szybkiemu obiegowi informacji oraz narastającej w zatrważającym tempie, kompletnie bezmózgowej jej konsumpcji przez Internautów.

Dowodem na to może być zresztą obrazek spoza Sieci. Chociażby moda na biblioteki. Wśród dzieciaków była (lub wciąż trwa), fala granicząca ze snobizmem przesiadywania w bibliotekach, wypożyczania i oddawania dużej ilości książek. Problem wychodził na jaw dopiero przy próbie rozmowy o nich. Taki modny Czytelnik miewał problemy ze skleceniem trzech zdań na temat książki, którą „przeczytał” tydzień temu. Brnąć w tytuł lub autora książki sprzed dwóch miesięcy nie było już sensu. Książka jest po prostu „fajna” albo „nieciekawa”. O człowieku z wiadomości internetowych modny Czytelnik też będzie wiedział tyle, że „ten to pedał”, „tamten łapówkarz”, „a tamta to młoda kurwa, bo dawała dupy znanemu aktorowi, który był już i tak na zejściu”.

Mówią, ona z tym Kaliszem, to tylko dla pieniędzy… Przez myśl im nie przejdzie, że może liczyć się coś więcej. – Dorota Masłowska, „Ryszard”, płyta „Społeczeństwo jest niemiłe”, 2014

Ale to nie jest wpis o ludzkiej podłości. Prywatność w Sieci wiąże się z ciekawszym zagadnieniem. Wszystko sprowadza się do poglądu filozoficznego na temat przyszłości maszyn liczących i napędzających je systemów operacyjnych. Mówiąc ściślej, z przyszłością interfejsów użytkownika. W sekcji filmowej, na tym blogu, napisałem swego czasu parę słów na temat obrazu „Her”. Wspomniałem, że film przedstawia bardzo prawdopodobną wizję niedalekiej przyszłości, mając na myśli właśnie interfejs. Jestem przekonany bowiem, że człowiek naturalnie będzie zmierzał ku interakcji z maszyną, przypominającej mu kontakt z żywą osobą. Oznacza to, że maszyna będzie musiała przetwarzać dane z wyprzedzeniem, w konsekwencji zatem, będzie musiała posiadać do nich dostęp.

Cook wpada tutaj w pułapkę, ponieważ to nie Siri jest najbliższa temu modelowi, a produkt krytykowanej konkurencji – Google Now. Oczywiście, Apple kładzie nacisk na wolny wybór użytkownika, a przede wszystkim chce poddać sprawy pod jego świadomą decyzję. Rzeczywistość jest jednak taka, że użytkownicy zakochani w propozycji od Google, zgodnie mówią o tym, jak dziwacznym uczuciem jest, gdy Google Now „wie” coś o nich i z tego korzysta, ale równocześnie pieją z zachwytu, jak przydatnym jest to narzędziem w ich życiu. Mówiąc krótko, przedkładają wygodę i „magię” rozwiązania ponad inwazję w ich prywatność. Oddają ją już dzisiaj, już teraz, bez głębszej refleksji.

System operacyjny typu Samantha (Her), to opcja, w której nikt nie pyta użytkownika o zgodę. Użytkownik zgadza się domyślnie na wszystko, decydując się na zakup samego systemu. Bez kontrolek, bez konfiguracji. System gromadzi łapczywie wszystkie możliwe dane, ze wszystkich możliwych źródeł i tak buduje opinię o nas. Pytanie czy Sztuczna Inteligencja okaże się łaskawsza w ocenie nas, czy nie będzie bazowała na nagłówkach… Film zresztą bardzo inteligentnie na to pytanie odpowiada.

Postęp i ochrona prywatności stają dzisiaj w pewnej opozycji. Stanowi to interesujący konflikt, a najlepsza metoda na rozwiązanie dopiero nadejdzie. Wydaje się dość oczywiste natomiast, już na tym etapie, czego ludzie chcą. Wystarczy zadać sobie jedno retoryczne pytanie: który mobilny system operacyjny jest obecnie najpowszechniej używany? Przeciętny użytkownik oczekuje prostoty. Technologia ma po prostu działać. Jeżeli sposób działania będzie przekraczał ich wstępne oczekiwania, dylemat dotyczący oddania swojej prywatności zostanie prędko zamieciony pod dywan. W końcu kto się będzie tym przejmował? Jesteśmy przecież tacy nieważni. Do takiego sposobu myślenia właśnie nawiązywała wspomniana Georgia Dow. Ktoś nieważny dziś, może być kimś bardzo ważnym jutro. O chłopcach Johnie i Nikicie przedszkolanki też nie wiedziały, że zaprowadzą świat na skraj znacznie poważniejszego konfliktu, atomowego.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s