Mavericks: Przebieg

W tym roku stałem się posiadaczem komputera Mac. To fascynujące i wciągające zarazem, ponieważ tak wiele tematów odchodzi w niepamięć. Nie martwię się już czy zadziała, czy nie. Czy będę mógł liczyć na oczekiwane rezultaty moich działań, czy też nie? Jedną z najpiękniejszych cech charakterystycznych ekosystemu Apple jest to, że wszystko po prostu działa. Urządzenia Apple to nie tylko wygląd, zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny, ale pewna filozofia. Zen, ale również odciążenia użytkownika od konieczności zdobywania technicznej wiedzy. Można podejść do korzystania z produktów Apple jak głupek, można też w sposób inteligentny wykorzystywać je, aby musieć pamiętać mniej, iść dalej. Co kto lubi.

Jest też tak, że chce się więcej. Człowieka zawsze będzie ciągnęło do rozwiązań wygodnych w użyciu. Łatwo zostać wciągniętym w te tryby machiny. Jestem tego najlepszym przykładem. 11 lipca 2011 roku napisałem na tym blogu tekst „Coraz bardziej Windows Guy”. Rok 2013 otworzyłem deklaracją, że należy on do Apple, a kończę go będąc zanurzonym po uszy w sprzęcie od tej firmy, całkowicie zakochanym. Bardzo jestem ciekaw jakie wrażenia miałbym, zanurzając się w ten sam sposób w ekosystem Microsoftu. Szkoda, że Redmond nie chce moich pieniędzy.

Mavericks „postawił się” bardzo dobrze. Postanowiłem dać szansę i nie bawiłem się w żadne „czyste instalacje”. W przypadku iOS tą metodą pozbyłem się z dysku mojego iPada już dwóch okropieństw – wersji 5 i 6. Przywitałem także iOS 7. Wszystko przebiegło bez najmniejszych problemów, więc pozostawiłem wszystkie moje ustawienia i pliki również w przypadku OS X. Wykonałem jednak zapobiegawczo butowalnego klona poprzedniej wersji, na dysku zewnętrznym. Nie zaszkodzi. Zresztą okazało się, że bardzo słusznie, bo instalator Mavericks nadpisał również partycję odzyskiwania systemu.

Zmiany czysto wizualne przypadły mi do gustu. Programy pokroju Kalendarz wyglądają w końcu tak, że pracy z nimi nie spycham na ostatnie miejsce listy zadań. Nie ma ich jednocześnie na tyle dużo, żeby robić z tego wielkie halo. Ot, nieco uproszczono tu, odrobinę przeprojektowano tam. iBooks to dodatek, z którego raczej nie będę korzystał na laptopie, więc jest mi obojętny. Mapy są bardzo przyjemne i szczególnie przydają mi się podczas planowania spotkań w Kalendarzu. Świetna jest też funkcja wysłania zaplanowanej trasy do iPhone’a. Jednakże nie te małe uprzejmości są najbardziej istotnymi zmianami. Najważniejsze chowa się „pod skórą” systemu.

Pisząc te słowa przeprowadzam właśnie pierwszy test pracy komputera na baterii. W pierwszej kolejności interesuje mnie czas przy zupełnie standardowym obciążeniu. Po prostu życiowy, realny test, a nie żaden sztuczny wykres. Mój MacBook Air zawsze zapewniał cały dzień pracy na baterii, ale zdaje się, że z Mavericks na pokładzie, przesunięciu ulegnie ta granica, na moją, ma się rozumieć, korzyść. Wprawdzie jest to tylko szacowany czas pracy, ale i tak zaimponował mi. Oto zrzut z odświeżonego, wyposażonego w nowe funkcje, systemowego Monitora aktywności:

Zrzut ekranu 2013-10-27 o 09.59.31

App Nap to mechanizm, który na pewno przyczynia się do ogólnego sukcesu. Można zaobserwować niejako działanie tej funkcji systemowej przy pomocy tego samego narzędzia, w tej samej zakładce – Energia. Program, który nie jest w danej chwili na pierwszym planie nie przechodzi jednak w stan uśpienia w tak natychmiastowym trybie, jak się tego pierwotnie spodziewałem. Jest to nierzadko kwestia kilkunastu sekund.

Kolejną rzeczą, która mnie fascynuje, jest możliwość kompresji nieaktywnej pamięci RAM, co przekładać się ma na podwyższenie ogólnej responsywności systemu, gdyż rzadziej dochodzić będzie do zrzucania części jej zawartości na dysk twardy, w pamięci wymiany. Funkcja działa aktywnie, ale to wszystko, co mogę powiedzieć, bo nie udało mi się jeszcze na tyle system obciążyć, aby pamięć wymiany była potrzebna. Niemniej zaskakująco często widuję charakterystyczną, obracającą się piłkę plażową, przy różnych okazjach. Coś, czego praktycznie nie zaobserwowałem na Mountain Lion. Stawia to wielki znak zapytania względem zastosowanych usprawnień. Nie mogę jednak powiedzieć, że wykonywanie różnych czynności przebiega teraz wolniej. Być może znacznie większa część kodu przechodzi podczas normalnej pracy w stan hibernacji i stąd te „chwilówki”. Nie wiem.

Mavericks sprawuje się tak samo dobrze, jak sprawował się dla mnie Mountain Lion. Lepiej zdaje się radzić sobie z zarządzaniem zasobami komputera i choćby z tego względu aktualizacja do tej wersji powinna być rzeczą absolutnie bezdyskusyjną. Jeżeli jednak w grę wchodzi iMac, czy Mac mini, szału nie będzie. Przyjrzę się jeszcze dokładniej bezpieczeństwu, zauważyłem tylko na razie, że po aktualizacji, ustawienia Ochrony wracają do domyślnych, czyli do pozycji „Mac App Store i od zidentyfikowanych autorów”. Osobiście zawsze wolałem ograniczyć źródła do sklepu App Store i trochę nie fair, że nadpisano za mnie to ustawienie. Z drugiej strony, podobnie jak to jest teraz w iOS, konieczność ręcznej aktualizacji zainstalowanych programów przeszła do lamusa.

Udostępnienie Mavericks jako darmowego uaktualnienia było ruchem bardzo dobrym i konsekwentnym. Skoro nigdy nie trzeba było płacić za iOS, nie powinniśmy płacić za OS X. Poza tym Apple liczy sobie tyle za same urządzenia, że takie darmowe nowości wydają się czymś oczywistym i wpisanym w układ, na który się przystaje. Parafrazując pewien fantastyczny w swej prostocie komunikat z forum Androida: U mnie działa, polecam!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s