Strzał w dziesiątkę

Can’t innovate anymore, my ass! – Phil Schiller, WWDC, 10 czerwiec 2013

Uniesiony na wielkiej fali entuzjazmu, niczym surfer ślizgający się po oceanie w Mavericks, Kalifornia, chciałbym podsumować swoje obserwacje i wrażenia z prezentacji na tegorocznym WWDC. Jak każdą poprzednią, również i tą obejrzałem kilkukrotnie. Jednakże chyba po raz pierwszy w całej historii nie brakowało mi Jobsa na scenie. Wprawdzie Tim Cook nie jest typem showmena i jego wystąpienie sprowadzało się do przedstawienia słupków ze statystykami, mówiąc krótko – nuda, ale Phil Schiller, a już w szczególności Craig Federighi naprawdę dali radę. Ich prezentacje miały walory spontaniczności i przebijającej się pewności siebie. Ten drugi składnik zasługuje na uwagę, bo jest najlepszym odzwierciedleniem, że zespół w Apple jest na fali, co daje cień nadziei na to, że druga połowa roku to będzie coś specjalnego w ich wydaniu.

O tym, czy dane wydarzenie było udane, decyduje przede wszystkim fakt, czy się o nim mówi, czy nie. A o WWDC mówi się i to dużo. Na pewno za sprawą iOS 7, który faktycznie okazał się być zapowiadaną wcześniej sensacją, jak również za sprawą wspaniale prezentującego się, „inżynierskiego” OS X Mavericks, a pewnie też ze względu na nieprawdopodobny Mac Pro – niecierpliwie wyczekiwany cud techniki i wzornictwa, komputer, którego używałby Darth Vader, gdyby mógł. Ale myślę, że opisywany fenomen nie kończy się wyłącznie na produktach. To WWDC było po prostu fantastycznie poprowadzone. Pojawił się jednak, między słowami, charakterystyczny rys Apple. W tej firmie transformacja od zachwytu do kpiny wobec jednej i tej samej rzeczy odbywa się dynamicznie i bez ostrzeżenia. To, co jeszcze rok temu było cool, w tym może być już passé. Nie ukrywam, że zawsze mnie to trochę mierziło. To samo dotyczy się bowiem sprzętu. W szeregach Apple uprawia się kult nowego. Jeżeli okaże się, że posiadasz sprzęt z poprzedniej, a nie daj Boże jeszcze wcześniejszej generacji, w rozmowie automatycznie pojawia się subtelna szydera. Nie inaczej było na WWDC, za co podziękować możemy Craigowi Federighi. Jego stwierdzenia typu: „żadna wirtualna krowa nie ucierpiała podczas tworzenia tego kalendarza” albo „mimo, że nie posiada szwów, nadal trzyma się na powierzchni ekranu”, przeszły już do historii. Niemniej reszta jego stylu bardzo przypadła mi do gustu. Jego spontaniczność i prawdziwy entuzjazm wobec technologii pomoże mu wybrnąć zgrabnie z każdej niefortunnej sytuacji, która może się zdarzyć, gdy prezentuje się przedprodukcyjne oprogramowanie. Ponad wszystko bije od niego pasją, a to zawsze przyjemnie się ogląda.

Czytałem dzisiaj ciekawą opinię, iż iOS 7 jest najbardziej skeumorficznym wydaniem w historii tego systemu. Wiele elementów się zagina, obraca, przekręca czy nachodzi na siebie. Myślę, że jest to trafna analiza z dystansem, ale mnie osobiście ten aspekt zagadnienia nigdy nie drażnił. Moim zdaniem skeumorfizm jest niepotrzebny jedynie w samym wyglądzie oprogramowania. Jego naśladownictwo w kwestii fizyki realnego świata być może jest niezbędne, aby człowiek potrafił się nim posługiwać. Jedyne, co mogę zarzucić, póki co, to to, że nowa edycja jest trochę zbyt cukierkowa, szczególnie na ekranie domowym, a dodana głębia jest efektem może i posiadającym duży powab, lecz osobiście wolałbym takich wodotrysków nie oglądać. Byłbym bardziej zadowolony z totalnie płaskiego ekranu domowego. Za to programy prezentują się w moim odczuciu fenomenalnie. Cholernie podoba mi się gra czarnej, wypieszczonej typografii z białym, pozbawionym faktury tłem. To jest mistrzostwo świata! Przyciski są bardziej do rzeczy, a ikony nie przygniatają już ilością detali. Ta ostatnia kwestia bardzo mnie intryguje, bo biorąc pod uwagę ilość aplikacji napisanych na platformę, spodziewam się potężnych zgrzytów między nowym interfejsem, a tym, co niezależni deweloperzy będą tam chcieli wcisnąć. Ciekawe, na ile nowe SDK będzie trzymało pieczę nad wyglądem takich elementów jak ikony programów. Tym bardziej, że tym razem deweloperzy oprogramowania będą mieli znacznie, znacznie większą swobodę przy tworzeniu nowych projektów. Mam wrażenie, że iOS 7 będzie prezentował się cudnie, pod warunkiem trzymania się rzeczy zaprojektowanych w Cupertino i w tym sensie jest to obrót mojego puntu widzenia o 180 stopni.

OS X Mavericks będzie uaktualnieniem obowiązkowym. Przede wszystkim ze względu na jego czystko technologiczny charakter, chociaż nie bez znaczenia jest również odświeżony, uproszczony wygląd poszczególnym elementów systemu. Pozbyto się w końcu trójwymiaru w niektórych jego częściach, jak na przykład w widoku stron Top Sites, w programie Safari. Skeumorfizmu z Kalendarza. Niemniej bez wątpienia to, co najważniejsze w tym wydaniu nie jest widoczne dla oka. Nowy system został całkowicie przeprojektowany w kwestii zarządzania energią. O ile dla użytkowników iMac nie ma to specjalnie znaczenia, to dla wszelkich mobili ważniejszej rzeczy nie ma. Nawet ci, którzy nie zdecydują się na system oparty na Haswell, powinni doświadczyć znacznego wydłużenia pracy na baterii. Podobnych dobrodziejstw należy spodziewać się w zarządzaniu pamięcią RAM. Wystarczy dodać tylko te dwie rzeczy do siebie, a decyzja podniesienia wersji nie powinna stanowić dylematu. Obrazu dopełniają jeszcze smaczki w postaci nowego menadżera haseł, dodania Map, czy premiery iBooks dla użytkowników komputerów Mac. Wprawdzie Mavericks to nie całkowicie nowe rozdanie, jak w przypadku iOS, ale też sam system jest produktem znacznie bardziej dojrzałym, więc nie krzyczy aż tak głośno o zmiany.

Tegoroczne WWDC było strzałem w dziesiątkę. Było wesoło, ciekawie, nierzadko ekscytująco, a dwa razy wręcz powalająco. Dostrzec można było świetne nastroje i dobrą kondycję w Apple. Czułem, że coś wisi w powietrzu. Jednakże to, co uderzyło mnie najmocniej, to brak tęsknoty za Jobsem. Odniosłem wrażenie, że Apple poradziło sobie z tym problemem. Wypracowało sobie sposób i zdaje on egzamin, przynajmniej w moim przypadku. Fakt, że nie jestem obiektywny, bo w tym roku używam produktów Apple w codziennym trybie i absolutnie zdążyłem to pokochać, ale jakiś czas temu jeszcze bałem się bardzo o przyszłość firmy z Cupertino. Po totalnej wpadce, jak do dziś określam wypuszczenie iPada mini, jestem bardziej spokojny. Tu się może jeszcze wiele zdarzyć, a surfer, mimo, że prześlizgujący się po zabójczo groźnej fali w Mavericks, Kalifornia, jest przy tym doświadczonym profesjonalistą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s