Nowoczesne wprowadzanie tekstu

Zaskakująco wiele rzeczy się dzieje, ale też zaskakująco wiele rzeczy się nie dzieje. – Dorota Masłowska, wywiad telewizyjny, 2001

W codziennym użytkowaniu elektroniki warto czasami zatrzymać się i krótko przeanalizować nasz bieżący modus operandi, aby nabrać odpowiedniego dystansu i obmyśleć nowe, lepsze metody na wykonywanie danych zadań. Jedną z rzeczy, z którymi mam najczęściej do czynienia w pracy z komputerami jest wprowadzanie tekstu, a ten aspekt właśnie jest w intrygujący sposób zarówno otwarty na nowości, jak też hermetycznie zamknięty. Wszystko bowiem zależy od typu narzędzia, przy pomocy którego przyjdzie nam wykonać taką pracę. Na urządzeniach mobilnych mamy dziś kilka metod do dyspozycji, ale na stacjonarnych nadal króluje niepodzielnie klasyczna klawiatura, niczym w archaicznych maszynach do pisania.

W tym kontekście mógłbym posłużyć się jeszcze innym cytatem, tym razem ze Steve’a Jobsa: „Ludzie nie chcą joysticka miast kierownicy w samochodach.” Nie można odmówić twardej logiki w tym stwierdzeniu, a odnośnie kierowania pojazdem taki wybór jest w pełni uzasadniony, niemniej trzymając się kurczowo pewnych rozwiązań skutecznie opóźniamy nadejście czegoś świeższego gdzie indziej, co przy okazji może okazać się po prostu lepsze. Odnoszę wrażenie, że stopień, w jakim polegamy na klasycznej klawiaturze w przypadku bardziej tradycyjnych komputerów, jest tego dobrym odzwierciedleniem.

Przyznaję, że jestem użytkownikiem klawiatury klasycznej i bardzo ją lubię. Innowacje typu Swype znam tylko z prasy. Klawiatura ekranowa, z której czasami korzystam, jest po prostu zbyt mało wydajna i nawet po pewnym przyzwyczajeniu sporadycznie zdarzają się omyłkowo wprowadzone znaki. W każdym razie każdy, kto dużo pisze przyznaje, że tempo spada, gdy robi się to na szkle. Podobne odczucia mają ci, którzy skorzystali z czegoś pośredniego: klawiatury Touch Cover Microsoftu. Słowem, ludzie, którzy mają poważną pracę do wykonania wybiorą zawsze klawiaturę fizyczną, ze skokiem klawiszy, bo pozwala najszybciej zadanie wykonać. Przy czym nie jest to rozwiązanie optymalne, ze względu na ową fizyczność formy właśnie, co jest paradoksalne. Przecież byłoby znacznie wygodniej, gdyby urządzenia nie musiały zawierać fizycznej klawiatury, gdyby była ona całkowicie zbędna i można by się opierać wyłącznie na wyświetlaczu dotykowym. Prościej, wygodniej, oszczędniej, bardziej minimalistycznie. Warunki w tym zagadnieniu dyktuje jednak przede wszystkim ludzka ergonomia.

Z oczywistych względów, niewątpliwie nowoczesna metoda wprowadzania tekstu za pomocą głosu, nie jest i nigdy nie będzie metodą uniwersalną i powszechnie stosowaną. Pisarz może być po pierwsze równocześnie niemową (choć interpretacja języka migowego przez komputer to kuszący temat), po drugie nie we wszystkich okolicznościach będzie metodą najlepszą (w miejscach publicznych chociażby). Człowiek nadal będzie polegał na palcach, dłoniach, gestach i to prawdopodobnie nigdy nie ulegnie już zmianie. A skoro tak, to dlaczego wciąż zajmujemy się, prymitywnym, gdyby spojrzeć na to z lotu ptaka, „dłubaniem” tekstu poprzez wprowadzanie pojedynczych znaków, które składają się na słowa, które to z kolei składają się na zdania, które tworzą tekst? Dlaczego słowniki wbudowane we współczesne edytory tekstu wciąż nie są w stanie prawidłowo zinterpretować reguł interpunkcji, odmiany słów, rodzajników czy reguł stylistycznych, właściwych dla danego języka? Dlaczego autokorekta wciąż potrafi jedynie monitorować błędy ortograficzne?

Nowoczesne wprowadzanie tekstu powinno polegać na sprzężeniu zwrotnym z piszącym, tak aby nie hamować jego kreatywności, a jednocześnie korygować prawidłowo te elementy, które są podstawowe dla poprawności danego języka. Wyzwanie bardzo w istocie skomplikowane. Powinno ponadto oferować pełne wyrazy do wyboru, dopasowane zarówno do kontekstu zdania, jak i właściwej formy gramatycznej (np. koniugacja). Wyeliminowałoby to dwa problemy: konieczność żmudnego wpisywania pojedynczych znaków oraz błędy ortograficzne. Za pomocą wbudowanych czujników (mierzenie tętna piszącego, analiza części mózgu odpowiedzialnych za kreatywność oraz emocje) urządzenie powinno wyczuwać nastój i intencje, jakim dany tekst ma służyć, aby serwować odpowiedni zestaw sugestii, a równocześnie minimalizować wysiłek twórcy inwestowany w dokonywanie selekcji. Pisałoby się więc nie znakami, a słowami, ba!, wręcz całymi frazami. Złożoność tego mechanizmu byłaby jednakże w oczywisty sposób wprost proporcjonalna do oryginalności, pomysłu na sam tekst i z tego względu pozostaje to czystym science-fiction.

Obecna sytuacja jest dość zabawna. Z jednej strony posługujemy się przy pisaniu różnymi metodami, które jednak nabierają sensu w zależności od urządzenia, z którego korzystamy. Szukamy rozwiązań dzieląc. Zunifikowana metoda uniwersalna jest tak daleko, jak tylko może być, a równocześnie złapać się można na przeświadczeniu, w jak staromodny i prymitywny sposób nierzadko przychodzi nam dzisiaj wykonywać, tak w sumie prostą i podstawową, czynność.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s