Czysta linia produktowa

Jedna z najważniejszych zmian, jaką wprowadził Steve Jobs po swoim słynny powrocie do Apple, dotyczyła oczyszczenia linii produktowej proponowanej przez firmę. Wszyscy wiemy jaki był rezultat, a ja sam pisałem już o tym zagadnieniu szerzej w którymś z poprzednich swoich wpisów. „Czysta linia produktowa” to cuda czyniące remedium na zastany przez Wielkiego Szefa chaos ofertowy. Bez wątpienia ruch genialny w swej prostocie i skuteczności. Można więc, w wielkim skrócie, powiedzieć: przyszedł i posprzątał. Rzecz najbardziej dająca do myślenia to jednakże fakt, iż przez ową lekko ponad dekadę bez Jobsa na pokładzie, powstał całkiem spory bałagan. Owa tendencja jest czymś bardzo niepokojącym również dzisiaj, a kolejne plotki pojawiające się w sieci pogłębiają tylko te obawy. 

Niegdyś wyszydzany publicznie przez Wielkiego Szefa mini tablet jest dzisiaj rzeczywistością. Mówi się odważnie i z dużą dozą pewności w głosie o rodzinie Apple TV. Zatrważające są doniesienia o taniej wersji iPhone’a, które są niedorzeczne, ale biorąc pod uwagę rosnący apetyt na arsenał produktowy – niecałkiem nieprawdopodobne. Powoli zbiera się zatem „bałagan”, a nie ma już z nami osoby, która zdolna jest go posprzątać. W rozproszeniu „czystej linii produktowej” na mało istotne gadżety uzupełniające widzę jedno z najpoważniejszych zagrożeń potęgi, jaką na minimalizmie udało się Apple zbudować. W mojej opinii im bardziej do rzeczy, tym lepiej. 

iPad mini to pomyłka, nawet jeżeli wygeneruje zyski lepsze niż przewidywane. Według założyciela tej korporacji nigdy nie chodziło przede wszystkim o pieniądze, ale o cudowne produkty. Chociaż brak pierwiastka cynizmu w takiej deklaracji podejrzewać mogą tylko osoby skrajnie naiwne, to jednak myślę, że tak właśnie Jobs na sprawy mniej więcej patrzył. Jestem pewien, na ile tylko można w tych okolicznościach być, iż gdyby Jobs żył, iPad mini nigdy by nie powstał. Po pierwsze jest niepotrzebny, po drugie jest reakcją na działania innych, a to już jest problem znacznie grubszego kalibru, niźli tylko nietrafiony produkt. Co gorsza to już druga „wpadka” w historii bardzo ważnej strategicznie linii tabletów. Czytelnicy dobrze wiedzą co mam na myśli. 

Steve Jobs, w jednym ze swych wystąpień (Macworld 2007), podkreślił, iż istotą Apple jest dostarczanie najlepszych urządzeń elektroniki konsumenckiej, które są mobilne. W rzeczy samej. Z tym, że uważam, iż sprawy zmieniły się na tyle, że czas już porzucić ideę Digital Hub. Przypomnijmy szybciutko o co w tym chodzi: Digital Hub to pomysł na centralizację różnych urządzeń mobilnych wokół jednej maszyny stacjonarnej, tworząc tym samym ekosystem sprzętowy zbudowany na wzajemnych zależnościach. Produktowa symbioza tego typu była świetnym pomysłem jeszcze na początku XXI wieku. Niejako wymuszała inwestycje i sprawiała, że kupowanie kolejnych gadżetów zdawało się mieć sens. Dzisiaj mamy już iCloud, a dysk internetowy jest standardem na każdej liczącej się platformie. Pod względem czysto biznesowym zmiana myślenia wymaga zresetowania umysłu i odnalezienia sposobów na monetyzację usług przetwarzania w Chmurze. Zmieni się również konsument, który potrzebować będzie coraz mniejszej ilości urządzeń. Wbrew dość często spotykanej opinii, sądzę, że w tym kierunku właśnie będzie to zmierzać. Dzięki Chmurze nastąpi uniwersalizacja urządzeń, tak, że jeden rodzaj maszyny zaspokoi większość potrzeb danego klienta. 

A jednak widzę pewną szansę na wprowadzenie nowego urządzenia. Moim zdaniem taki sprzęt może mieć bardzo duży sens w perspektywie czasowej. Chodzi konkretniej o dodatkowy komputer z linii MacBook, a na potrzeby tego wpisu nazwę go MacBook Wireless. Wyobraźmy sobie maszynę o podstawie z klawiaturą fizyczną, która kształtem przypomina obecną generację iPada tyle, że z dołączonym składanym ekranem-klapą, gdzie jedynym portem jest gniazdo MagSafe. Byłby to ultra przenośny notebook z pełną baterią łączności bezprzewodowej, z jaką mamy dzisiaj do czynienia. A więc NFC, a więc Wi-Fi, Bluetooth, czy też LTE. Maszyna, która byłaby przygotowaniem na erę elektroniki bez kabli. Cholera, czemu by nie pójść na całość i nie zrezygnować nawet z MagSafe na rzecz ładowania indukcyjnego? Wszelkiego rodzaju kable, kabelki, przejściówki to totalna wiocha, a los tej przedpotopowej technologii jest już przesądzony. Jednocześnie żaden producent nie zdecydował się jeszcze na wypuszczenie urządzenia całkowicie pozbawionego fizycznych portów komunikacyjnych/ładowania. W duchu innowacyjności taki produkt byłby interesującym wyzwaniem dla konkurentów Apple.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s